W dzieciństwie lubiłam siadać pod wieżą telewizyjną w Bożym Darze i patrzeć daleko — nawet trzydzieści kilometrów, aż po horyzont. W pogodny dzień widać było wieżowce Lublina. Do dziś lubię przesuwać horyzont, jak chyba każdy. Tym razem przesunęłam go o dziewięć tysięcy kilometrów.
Singapur: pięćdziesiąt pięter za piętnaście złotych
W Singapurze wjechaliśmy na najwyższy budynek mieszkalny świata. Pięćdziesiąt pięter, bilet za równowartość piętnastu złotych — chyba najtańsze przesuwanie horyzontu, jakie znam. Z góry widać (tak mi się przynajmniej zdaje) całą wyspę. Wcześniej obejrzałam Merliona, morskiego lwa, symbol miasta. Ale najciekawszy widok był na dole, wśród ludzi: po urodzie i ubraniach można tu poznać całą Azję i sporą część reszty świata.








Forest City: wakacje w utopii
Przeczytałam w życiu wiele książek o utopiach — Platona, który oddawał władzę filozofom, Morusa z jego wyspą powszechnej równości i sześciogodzinnym dniem pracy, Campanellę i jego Miasto Słońca. A teraz zamieszkałam w jednej z nich. Forest City w malezyjskim stanie Johor, tuż przy granicy z Singapurem, to megaprojekt wart sto miliardów dolarów. Media ochrzciły go „miastem duchów” — tysiące pustych apartamentów, kłopoty finansowe inwestora — choć rząd Malezji próbuje tchnąć w niego życie, przekształcając go w specjalną strefę finansową. Utopie mają to do siebie, że na papierze wychodzą lepiej niż w betonie. Ale przyznaję: jest coś fascynującego w spacerowaniu po mieście, które czeka na mieszkańców.








Po drodze do Kuala Lumpur — godziny jazdy i za oknem wyłącznie plantacje palm olejowych. Na przedmieściach budownictwo jak w Polsce: budki lęgowe dla ludzi, całe hektary szeregowców, pustych, jakby czekały na imigrantów.






Kuala Lumpur: czego się nie robi dla przyjaciół
Czego się nie robi dla przyjaciół? Ja na przykład zachęciłam Rajmunda do zjedzenia duriana. Nie wyglądał na oczarowanego. Tłumaczę mu, że mamy cztery smaki: słodki, słony, kwaśny — ostrzegający przed niedojrzałym lub zepsutym — i gorzki, chroniący przed truciznami. Rajmund na to, że durian nie pasuje do żadnego z nich i że zmienia się w ustach. Testował rzetelnie: babeczkę z nadzieniem durianowym, duriana kandyzowanego i surowego. Filmowały go przy tym jakieś influencerki, więc może zostanie gwiazdą TikToka.



Sezon na duriana trwa w Malezji od czerwca do sierpnia i okazuje się, że odmian jest mnóstwo. Ja jednak myślę, że trzeba mieć do tego inne podniebienie niż moje. Nie lubię zapachu anyżu, kapusty, śledzia ani owoców morza. Lubię ciasteczka. I owoce. Ale nie duriana. Taksówkarz pociesza: Malajowie też go nie lubią, za durianem szaleją głównie turyści z Chin.
W ogóle taksówkarze to tutaj najlepsze źródło wiedzy o kraju. Jeden jest Malezyjczykiem po babce Malajce i dziadku Taju z Tajlandii. Opowiada o imigrantach z całej Azji, o Chińczykach mieszkających tu od pokoleń, o Nepalczykach, którzy od czasów brytyjskich służyli w armii i pracują w hotelach — podobno wyjątkowo lojalni. Inny bierze nas za Rosjan i musimy tłumaczyć, że jesteśmy Polakami — ten akurat wie, że stolicą Polski jest Warszawa. Wszyscy mówią po angielsku, lepiej lub gorzej; Malezja jest wolnym krajem dopiero od 1957 roku, wcześniej była kolonią brytyjską. I jakoś te wszystkie narody żyją tu zgodnie: ulice noszą nazwiska najeźdźców, chrześcijanie chodzą w swoich procesjach, muzułmanie w swoich.






Przyglądam się strojom kobiet. Mam wrażenie, że chustki noszą trochę z przyzwyczajenia, jak chrześcijanie medaliki, albo z dbałości o włosy — tak jak maseczki z dbałości o zdrowie. Niektóre ubrania są z jedwabiu, haftowane złotą lub srebrną nicią. Widziałam kobietę ubraną od stóp do głów, z welonem i maską, w szatę z białego jedwabiu w czarne kropeczki, do tego srebrne spinki z czarnymi kamyczkami, białe buciki z czarnymi kokardkami, torebka w komplecie. Sama bym chętnie coś takiego nosiła, choć pewnie kosztuje tysiąc ringgitów albo trzy razy tyle. Ringgit to, dla porządku, niecała złotówka — szesnaście kilometrów taksówką przez Kuala Lumpur kosztuje szesnaście ringgitów.



Zauważyłam też, że wzornictwo sakralne ma teraz problem. Kiedyś wieże kościołów i minarety meczetów przebijały przestrzeń, wynosiły się nad okolicę, wzywając wiernych do modlitwy. Przy kilkudziesięciopiętrowych wieżowcach to niemożliwe. Trudno wywyższać się nad biura i mieszkania.

„Każde jutro niech będzie lepsze niż wczoraj”
George Town na Penangu — to tu durian ma swój sezon i swoje królestwo. Miasto oddycha wszystkimi kulturami naraz: chińskie klany mieszkają na pomostach nad wodą, przy jednej ulicy stoją meczet, świątynia i kościół, a nocą ulice zamieniają się w targ i scenę.
.jpg)










Cameron Highlands: straszny chłód, czyli 17 stopni
Jedziemy w góry, na plantacje herbaty. Taksówkarz przestrzega przed strasznym chłodem: „Tam jest nawet 16–17 stopni!”. Cameron Highlands to najchłodniejsze miejsce w Malezji i z tego powodu rodzice zakładają małym dzieciom wełniane czapki. Ledwo się powstrzymywałam, żeby nie tłumaczyć, że dziecku w kombinezoniku przy dwudziestu stopniach jest po prostu gorąco.



Oprócz herbaty uprawia się tu truskawki — w tunelach, na podłożu kokosowym, z nawadnianiem kropelkowym. Są czerwone i są białe, a dwadzieścia deko kosztuje dziesięć ringgitów. Obok alkoholu to chyba jedyny produkt spożywczy droższy tu niż w Polsce. Wizyta w przetwórni herbaty to za to przeżycie dla nosa: aromatu fabryki nie odda żaden imbryczek.



Byliśmy też w Mossy Forest, lesie liczącym dwieście milionów lat, gdzie rosną — jak zapewniał przewodnik — najstarsze drzewa świata. Na dwóch tysiącach metrów nie trzeba było ani czapki, ani nawet butów sportowych. Wjeżdżają tam tylko auta z napędem na cztery koła, więc dobrze się złożyło, że Rajmund zapomniał odebrać międzynarodowego prawa jazdy i nie mieliśmy wynajętego samochodu.


Przewodnik zachwalał jeszcze piątkowy nocny targ — może to atrakcja, ale chyba dla Malezyjczyków. Spróbowałam za to typowego tutaj samodzielnego gotowania mięsa i warzyw w garnku wystawionym w restauracji. Lepsze niż durian, ale bez szału.


Za horyzontem
Itinerarium — z łacińskiego iter, droga — to opis podróży dla podróżnych. To jest moje itinerarium, choć mało w nim praktycznych wskazówek, a dużo patrzenia. Bo w gruncie rzeczy po to się jeździ na drugi koniec świata: żeby usiąść jak kiedyś pod wieżą w Bożym Darze i zobaczyć, co jest te trzydzieści kilometrów dalej.








